Carrow spojrzał na swoje pokiereszowane dłonie. Były pełne
odcisków, pęcherzy, zadrapań i sińców. Praca kowala stała się obecnie
najokrutniejszą i najcięższą pracą, a to wszystko przez Ardali, których Raeagan
ustawił na Białym Murze. Wzrosło zapotrzebowanie na broń, przede wszystkim na ciężkie i solidne miecze. Od tej pory młodzian
musiał pracować od świtu do zmierzchu. To już była niewolnicza praca. Gdyby
następnego dnia nie stawił się w kuźni, straże króla dorwałyby go i mogłyby go wtrącić
do Dungeon za brak posłuszeństwa oraz przeciwstawianie się władcy.
Carrow ukrył twarz w
dłoniach. Czekała go bardzo ciężka noc. Położył się na słomianą matę, która była jego posłaniem,
w butach, czekając w gotowości do swojej ucieczki. Próbował zasnąć, lecz sen za nic nie
przychodził. Jego ciało domagało się odpoczynku, lecz umysł nadal trzeźwo
pracował. Z trudem doczekał godziny, kiedy na zamku i w domach pogasły
wszystkie światła i zapadła cisza, a zostały tylko słabe blaski pochodni i dudniące,
równe kroki Ardali na Murze. O tej porze nikt oprócz Rozwścieczonych
Niedźwiedzi nie mógł spacerować po zamku. Powoli wstał, zawiązał buty i chwycił
swój stary, pełen kieszeni płaszcz. Trochę pieniędzy zagrzechotało w sakiewce,
pod połacią płaszcza poczuł ostrze noża, a w obszernej kieszeni przy pasie,
poczuł okrągłą manierkę z wodą. Ostrożnie podszedł bliżej ściany i delikatnie
zastukał w podłogę. Poruszył klekocącą deskę, aż ukazała się wąska, lecz
głęboka wnęka. Wsadził weń rękę i wyciągnął coś, czego widok pocieszał go w
trudnych chwilach. Coś, co dostał po swoim ojcu i coś, co było dla niego
najcenniejszą rzeczą, jaką miał. Łuk.
Nagle usłyszał za
sobą kroki i skrzypienie otwieranych drzwi. Błyskawicznie przykrył łuk
płaszczem, a samym sobą zakrył dziurę w podłodze i udał, że śpi. Na szczęście
Stary Bob nie zauważył nic dziwnego i zwyczajnie, z lekka sobie pogwizdując
rozkładał na dużym stole obok kominka dzienny przydział żywności, do zjedzenia
o świcie. Jak zwykle, było to parę kromek suchego chleba i ugotowany ziemniak,
a raz na tydzień sakiewka soli i mała butelka rybiego tranu. W niedziele
natomiast dawano trochę zimnej kaszy polanej zwykłym tłuszczem i to wszystko.
Wodę można było wyciągnąć ze studni, a w zimę trzeba było zebrać trochę śniegu
i go roztopić. W takich warunkach nie dało się żyć, co jeszcze bardziej
skłoniło młodzieńca do ucieczki.
Ku swojej radości,
starzec wychodząc nie domknął za sobą drzwi, co było bardzo przydatne,
zwłaszcza, że nie były one oliwione od dłuższego czasu. Carrow zamknął klepkę w
podłodze, a na plecy założył najpierw łuk, dopiero później płaszcz, tak aby
przykryć broń. Włożył swój przydział do jednej z licznych kieszeni i na palcach
opuścił pokój kominkowy, starając się nie obudzić towarzyszy, którzy tam spali.
Próbując nie robić hałasu, wyszedł na
zewnątrz. Odetchnął zimnym, rześkim powietrzem. W tej zatęchłej dziurze, którą
właśnie opuścił prawie nie dawało się oddychać. Spojrzał ukradkiem na Mur nad
głową. Grupa Ardali właśnie zniknęła za załomem zamku, a echo ich kroków cichło
i cichło... To był jedyny moment. Szybko przemknął przyklejony do Muru aż do
Wielkich Wrót. Jednak nie podszedł do nich zbyt blisko. W końcu były pilnie
strzeżone i… zamknięte. Zamiast do nich, skręcił bardziej w prawo i szedł po
łuku prowadzącym do małego wejścia dla sług, kupców i innego „robactwa”, jak
nazywał ich Raeagan. Te były niestrzeżone, nikt oprócz robotników o nich nie
wiedział, a z zewnątrz wyglądają jak zwykły kamień lub przebarwienie Muru. Uchylił
drzwi i zamarł. To nie było t o przejście.
Drzwi te prowadziły
do lasu Foraoise. Ale to niemożliwe…
Widać w starym zamku wciąż płynie dobra magia, jeszcze z czasów króla
Arta i wszystkich Istot, które swobodnie tu mieszkały. Jednak wszystko zmieniło
się, gdy tron objął ten diabeł, Raeagan. Carrow próbował już o tym nie myśleć i
zamknął oczy, wsłuchując się w szum liści i śpiew ptaków. Z każdą chwilą coraz
bardziej oddalał się od zamku, a coraz bardziej zagłębiał w las. Tak dawno tu
nie był… Przypomniały mu się czasy, kiedy chodził na polowania z ojcem, kiedy
to wszystko było wolne… Foraoise był pełen magicznych Istot, a jego
dalsze zakątki zamieszkiwały dzikie stada pegazów. Były to istoty dzikie i
potężne, jednak kruche i bardzo wrażliwe. Urazy tkwiły im w pamięci bardzo
długo, a tego kto je skrzywdził, zapamiętywały do końca życia. Były to istoty
tak majestatyczne, tak magiczne… Teraz nie ma już żadnych, przynajmniej nikt
ich nie widział od bardzo dawna. Mówią, że przeniosły się daleko na północ. I młodzian
również tam zmierzał.
Gdy zaczęło już
świtać, a promienie słoneczne przedostawały się przez liście drzew i zaczęły
razić Carrowa w oczy, postanowił odpocząć. Zatrzymał się i zjadł trochę chleba
z solą i rybim tranem. Była to najgorsza i największa okropność, jaka mogła się
w życiu natrafić, ale musiał nazbierać sił. Czekała go, bowiem bardzo długa
droga. Ale Carrowa jakoś szczerze nie obchodziło, to, że powinien cieszyć się,
że w ogóle ma coś to jedzenia. Sam zapach przyprawiał go o mdłości.
Nagle zauważył, jak
na drzewie przysiadła wiewiórka. Całkiem dorodna sztuka. Nie zastanawiając się
zbytnio, sięgnął po łuk i strzałę. Przyglądał się zdobyczy. Powoli uniósł łuk
na wysokość swojej twarzy i oparł go lekko na ramieniu. Skupił wzrok na równej
linii między grotem strzały a zwierzęciem. Napiął cięciwę i opuścił palec.
Strzała ominęła wiewiórkę o palec, uderzyła w drzewo i spadła na ziemię.
Wiewiórka błyskawicznie uciekła, na co Carrow zaklął siarczyście. Był
poirytowany faktem, że mu nie wyszło. Nie chciał dopuścić do siebie faktu, że
to dlatego, iż długo nie korzystał z łuku. Złość ogarnęła go całego.
I wtedy na gałęzi nad jego głową przysiadł sobie duży ptak. Carrow
wziął głęboki oddech i chwycił kolejną strzałę. Znów nałożył ją na cięciwę i
jeszcze bardziej skupił się na jej ustawieniu. Odetchnął znowu i opuścił palec.
Strzała pięknie wystrzeliła w kierunku ptaka i gładko przebiła go na wylot.
Prawie na wylot. Po chwili zdobycz upadła tuż przed nim. Wyjął z niej strzałę z
łatwością i dokładnie ją oczyścił. Zabrał też tą pierwszą i spakował obie do
kołczanu. Ptaka zawinął w jakiś materiał, który znalazł w kieszeni i przewiesił
przez ramię. Będzie na później.
Nagle chłopak usłyszał
za sobą jakiś szmer. Jakby czyjeś kroki. Z przejęcia serce o mało nie stanęło mu
w piersi. Po chwili jakby coś wdrapało się zwinnie na drzewo. Pewnie to ta cholerna wiewiórka. Napiął
łuk, w gotowości do złapania nowej zdobyczy. Jednak w jednej chwili, coś niczym
wąż, zsunęło się z gałęzi tuż nad nim i przystawiło mu nóż do gardła, szepcząc do
ucha:
- Odłóż broń-usłyszał cichy, lecz stanowczy. Posłusznie
położył łuk na ziemi- Tak dobrze. Teraz stój, tylko bez żadnych
numerów-tajemnicza postać zeskoczyła z drzewa i przed nim stanęła ognistowłosa
dziewczyna.
Wylądowała na ziemi i
znów przystawiła mu nóż, tym razem do piersi.
-A teraz gadaj, jesteś wysłannikiem Raeagana, tak czy nie?-spytała
ostrym tonem. Chłopak patrzył na nią przerażonymi oczyma. Jakby im się
dokładniej przyjrzeć, to można zobaczyć, że są one prawie czarne, z
jaśniejszymi plamkami. Szkoda tak ładnego chłopaka. Ale cóż, Śmierć nie
wybiera. Śmierć losuje. Razem z Losem. Czy
to nie ironiczne?
- Tak czy nie?- tym razem już krzyknęła, mocniej przyciskając
nóż do piersi.
- Nie-odparł natychmiast chłopak cienkim głosem.
-A niby dlaczego mam ci wierzyć? Pokaż, że nie jesteś
szpiegiem-zaczęła droczyć się ze swoim zakładnikiem, wodząc mu lekko ostrzem
noża po szyi.
- Foraoise, królestwo wszystkich ludzi,
sanktuarium wolności, miejsce gdzie żyją pegazy. Zamek króla i naszych
ojców, ostoja pokoju. Przysięgam
zawsze mu służyć wiernie i
nigdy nie dopuścić do niego czarnej
magii- wyszeptał chłopak. Dziewczyna zamarła wpatrzona w jego oczy. Opuściła
nóż i włożyłam go z powrotem do skórzanej pochwy.
- Witaj-podała mu dłoń-Dokąd zmierzasz?- przy braku
jakiejkolwiek reakcji opuściła rękę. A ten stał dalej z szeroko otwartymi
oczami wpatrzonymi w nieznajomą.
-Na…na Północ, pani- powiedział słabym głosem. W sumie mu się
nie dziwiła. Przed chwilą chciała go zabić, a teraz zwyczajnie pytała o cel
podróży. Cóż, nie ma czasu. -Do Tormodii, pani- przewróciła oczami.
- Daj spokój z tą panią- uśmiechnęła się- Mówią mi Derry.
- Czyli „ruda”. To widać- zaśmiał się. Niby wciąż nerwowo,
ale już zbyt ufnie. Nie za dobrze, zbyt łatwowierny- Carrow.
- Czyli... „jeleń”?-tym razem to dziewczyna się zdziwiła- Skąd
masz takie imię? Raczej nie pochodzisz stąd- stwierdziła przyglądając mu się
badawczo, lecz on nie odpowiadał.
- Pochodzisz z Północy, ale urodziłeś się tutaj- powiedziała
po chwili namysłu.
- Skąd wiedziałaś?
- Oczy.
- Fakt, tylko w Tormodii mają czarne … Ale skąd wiesz, że nie
urodziłem się tam?- nie dawał za wygraną.
- Akcent.
Pokiwał głową ze zrozumieniem. Gdy to zrobił, zbyt długie włosy mu
na twarz. Odrzucił je szybkim ruchem głowy. Były czarne, jednak gdzieniegdzie
były widoczne ciemnoszare pasma. Miał lekki zarost oraz niedługą bródkę. Derry
przeszło przez myśl, że wygląda to idiotycznie, gdyż podobną widziała u wielu
lordów. Musiał ją mieć przez przypadek, jeśli można to tak określić, co jednak
nie zmieniało faktu, że wyglądała zabawnie. Przeniosła wzrok na ubranie
Carrowa. Miał długi brudnoszary płaszcz, pełen kieszeni. Przez ramię miał przerzucony
tobołek, zapewne upolowane zwierzę, a przez drugie łuk. Zaimponował jej swoją
budową ciała. To znaczy właśnie nie był wysoki i potężny – przeciwnie, był
raczej drobnej, jak na mężczyznę postury. Na
pewno jest myśliwym, umie strzelać z łuku, bezszelestnie się porusza… Takich
ludzi potrzebują.
______________________________________________________________
Ekhem. Kimkolwiek jesteście drogie człowieki i jeśli to czytacie, to wiedzcie, że trochę się czuję idiotycznie, tak po prostu publikując coś, co kiedyś myślałam, że mi fajnie wyszło, a czytając to teraz czuję nic innego, a nutę zażenowania. Podobno tak bywa. No cóż, pogodzę się z tym i poczekam na wasze opinie. Mam jeszcze coś "w zanadżdżu", ale dalej mam tylko ogólny zarys całej histori (surprise! to wszystko mi się kiedyś przyśniło, trochę pogmatwana hisotryja, ale bardzo mi się spodobała, spisałam ją i oto jest tu ta męczarnia dla tych, którzy odważyli się to czytać i jeszcze się nie zrazili). No. Także tego. Bywajcie, a i piszcie cokolwiek Wam przyjdzie do głowy i co Wam nie pasuje :)
Ty Spryciażu Ruszoffy Pegallamorożcu! Nie mówiłaś, że robisz takiego genialnego bloga ;) Akurat brakuje mi czegoś do czytania.
OdpowiedzUsuńBuahahahahah.
OdpowiedzUsuńCóż.
Teraz sobie niestety nie poczytasz, bo wena utknęła, pacz: moja zacna rycina w najnowszej notce
/Derry
54 year old Executive Secretary Danny Mapston, hailing from Victoriaville enjoys watching movies like Blood River and Coffee roasting. Took a trip to The Sundarbans and drives a Ferrari 250 GT LWB Berlinetta 'Tour de France'. przeczytac, co powiedzial
OdpowiedzUsuń