[ZASTÓJ, WIĘC UDAWAJ, ŻE TEGO TU NIE MA] The Kingdom of Horses
poniedziałek, 19 stycznia 2015
wtorek, 29 kwietnia 2014
III
Roseen podniosła się z trudem. Ciężkie, sklejone powieki nie chciały się
unieść. Suchość w gardle drażniła coraz bardziej. Krzyki raniły uszy. Była
wycieńczona. To wszystko było ponad siły każdego normalnego człowieka. Mimo to,
wstała i na uginających się kolanach ruszyła z resztą kobiet do manufaktury. Poprawiła
swoje łachmany, tunikę z juty, wypełnioną kawałkami lnu i bawełny, które
czasami kobiety potajemnie wynosiły. Na to lniany fartuch, a na dłoniach
rękawiczki bez palców. Mimo tego wszystkiego, wciąż była to zbyt mała ochrona
przed chłodem. Na samym wybrzeżu, gdzie znajdowało się najwięcej fabryk i
manufaktur, wiał słony i lodowaty wiatr znad morza, co dało się zauważyć na
ścianach budynków, a nawet wnętrzach. Płaty farby odchodziły od ścian, a na
innych tworzyły się skorupy zaschniętej soli. Roseen popatrzyła krytycznie na
swoje ręce. Były szorstkie, popękane, czerwone. Spojrzała na inne kobiety. Ich
też nie wyglądały lepiej. Jedna nawet, trzymała lewą dłoń pod pazuchą. Raz co
raz kaszląc, upewniała się, czy nikt nie widzi chorej ręki. Strażnicy nie
zwracali na nic uwagi, prowadzili pracownice, by jak najszybciej się ich
pozbyć. W tych warunkach nie dawało się żyć, a co dopiero pracować. Mimo to,
Roseen nawet sobie radziła. I nawet dobrze się trzymała. Wprawne oko mogłoby
dostrzec urodę kobiety, tyle że takich oczu od bardzo dawna brakowało. Długie jasne
włosy, choć poskręcane, pozlepiane w strąki a nawet z kryształkami soli okalały
kiedyś dostojną twarz, teraz suchą, czerwoną i podrapaną. Jedyną rzeczą, która
nie ucierpiała, to oczy. Wciąż bystre i wciąż tak intensywnie niebieskie, jak
dawniej. Jeśli oczy są zwierciadłem
duszy, to skrywały bardzo inteligentną, lecz doświadczoną przez Los kobietę.
Roseen posiadała jeszcze jedną
cechę, którą nie zawsze da się odczytać z czyichś oczu. Potrafiła
bezinteresownie pomagać. Tylko dla samej chęci pomocy. Kiedy teraz o tym
myślała, wręcz chciało jej się śmiać. Bohaterka
z fabryki. Niech napiszą o mnie pieśni. Ale mimo chwil zwątpienia, nie
przestawała działać. Gdy tylko mogła, przygotowywała ziołowe, lecznicze
mieszanki. Gdyby nie one, prawdopodobnie kobiece ręce byłyby zdarte do samego
mięsa, zakażone, a co z tym idzie, o zgrozo, niezdolne do pracy. A w tych
realiach człowiek niezdolny do pracy do bardzo nieopłacalna inwestycja. To
darmozjad. Jakby dostawali tu całe góry
jedzenia. Okłady były potajemnie przekazywane z rąk do rąk. Roseen mogła i
powinna być z siebie dumna, ale nie zawsze była. Coraz częściej zdarzało jej
się tracić nadzieję, mimo ulgi na twarzach innych kobiet.
Ciągłe wojny i ataki,
niekończące się mordercze prace a do tego okropny klimat, to wszystko wina
Raeagana. To tyran, nie władca. Bestia, nie człowiek. Łajdak, nie… Było bardzo
wiele określeń na niego, a jednak wciąż ich brakowało. Tron Vestur mu nie wystarczył. Wojna z Państwem Środka. Ataki
na Tormodię. Zdobycie Pustyni Riddock’a i zbudowanie Dungeonu. Umieszczenie
więźniów w fabrykach, produkcji broni. By całe Rikehester było jego. I tylko
jego
***
Niech
ktoś mi przypomni, kto prosił o opowieść? Ach, tak. Ja. No cóż, trzeba było
albo czym prędzej uciec albo zastrzelić to małą wiewiórkę, pomyślał Carrow, wciąż patrząc na Derry z
trudnym do odgadnięcia wyrazem twarzy. Historia nieznajomej dziewczyny była
bardzo… nietypowa. O tym, jak ludzie nienawidzą Raeagana. O tym, jak znaleźli
się ludzie, którzy nie tylko chcą powiedzieć „nie”, ale też coś zrobić z
sytuacją. O tym, jak w Vestur nie ma już pegazów ani jednorożców, a wszystkie
mieszańce trafiły do Dungeon. O tym, jak wyszły nowe prawa o ściganiu każdego,
kto uprawia czary. Dekret wyszedł spod rąk Garensa. Czyż to nie ironicznie? I
inne rzeczy, o których istnieniu dobrze wiedział, ale do tej pory nie
dopuszczał do świadomości. I teraz żałował, że wysłuchał dziewczyny. Jeśli
odmówi, jego sumienie nie da mu spokoju do końca życia. A jeśli z nią pójdzie,
to ten koniec może najść bardzo prędko. Derry patrzyła na niego tymi ciemnymi
oczami. Wyglądały teraz na czarne, jak u jakiegoś topielca. Carrow się
wzdrygnął, nic w nich nie widział. Chociaż, nie. Wiedział, że zaczynała się już
niecierpliwić. Zniknęła przyjazna aura, teraz pozostało tylko milczące
wyczekiwanie odpowiedzi.
- Skąd masz łuk?- spytała nagle.
- Ja… Od ojca- wykrztusił Carrow. Pokiwała głową, jakby ze
zrozumieniem. Co ona kombinuje? Po chwili zadała pytaniem, jakby z wyrzutem:
- A co by powiedział twój ojciec?
Carrowa zmroziło.
Uderzyła w jego czuły punkt. Tego było już za wiele. Może mu opowiadać ciemne
historie Vestur, ba, nawet całego Rikehester, może wywoływać w nim głęboko
ukryte pokłady wzruszenia i poczucia winy, ale nie może mu wytykać, co by
zrobił jego ojciec. Lub co by chciał, żeby zrobił.
Natychmiast chwycił tą rudą wariatkę i przyparł ją do drzewa.
Prawie nic nie ważyła, więc w jednej sekundzie zawisła kilka cali nad ziemią.
Nie zdążyła nawet wydać żadnego odgłosu, dźwięku nic. Jej blada twarz zaczynała
się robić czerwona, lecz mimo to patrzyła na niego z niemym spokojem, niemal z
satysfakcją. Odpowiadał jej wzrok szaleńca.
- Nigdy nie waż się stawiać mnie w świetle mojego ojca lub
zadawać mi pytania w jego imieniu. Tylko on może mi zarzucać i tylko on może
ode mnie wymagać, by bym był lepszy od niego. Rozumiesz?
Przymknęła oczy i
uśmiechnęła się lekko, na znak, że rozumie. Carrow poluźnił uścisk, a
dziewczyna osunęła się na ziemię. Oparła na chwilę głowę o kolana, lecz po
chwili się podniosła. Spojrzała na Carrowa z szelmowskim uśmiechem.
- Podobało mi się to. Nalegam, byś mi towarzyszył.
Carrow wziął głęboki
oddech i zebrał myśli. Przynajmniej
zabierze mnie daleko stąd. Zawszę mogę ją zostawić w pierwszej lepszej
miejscowości. Ruszył przed siebie. Po chwili rzucił:
- Nie idziesz? Rikehester na nas liczy-poprawił truchło ptaka
na ramieniu i poczuł obecność dziewczyny obok siebie. Wciąż miała na twarzy ten
irytujący uśmiech pełen satysfakcji, który zdawał się przyćmiewać jej czerwone
rumieńce na policzkach. Miał przeczucie, że to kpiące spojrzenie będzie mu
towarzyszyć bardzo długo.
________________________________________________________
Ktokolwiek czyta te wypociny, niech się nie przerazi tym razem nadmiarem, choć jak opublikuję i tak będzie mało, ale połączyłam TO COŚ w całość, bo tak. Po prostu. Jak czytam to teraz to mi się nie podoba, ale postaram się. Postaram się, bo to moje ostatnie zapasowe strony i dalej mój Word zionie białą pustką. Uagh. Ta pustka mnie trochę przeraża, ale zaraz moja marna wyobraźnia wybuduje równie martwy statek i wypłynę w tę straszną białą pustkę i ją podbije, choćby w kilku stronach. Rysunek poglądowy poniżej:
wtorek, 8 kwietnia 2014
II
Przyglądał się jej w oniemieniu. Dopiero teraz, gdy
zeskoczyła z drzewa i schowała nóż, dostrzegł, jaka jest niezwykła. Nie podobała mu się, nic z tych rzeczy, zero kobiecych kształtów a jeszcze paskudny charakterek. A jednak była bardzo ciekawa. Mimo że swoje długie, czerwone włosy związała
w warkocz, większość zdążyła się już z niego wydostać i opadały jej teraz na
twarz. A ta była niesłychanie jasna, zupełnie jak u elfa. Na małym nosku roiło się od piegów. Jednak największą uwagę zwrócił na oczy Derry. Były
ogromne i bardzo zielone. Tak zielone, że w porównaniu z prawie białą cerą
zdawały się być niezwykle ciemne. Wpatrywały się w niego teraz, jakby
dziewczyna głęboko nad czymś rozmyślała. Nie odezwała się jednak ani słowem. Przeniósł
więc szybko wzrok na jej ubranie. Z daleka na tle drzew była prawie nie widoczna, może
tylko z wyjątkiem włosów. Miała na sobie ciemnobrązową, skórzaną kamizelkę, a
pod nią była ciemnozielona bluzka z długim rękawem. Co zauważył ze zdziwieniem,
miała na sobie spodnie! Rzadkością było zobaczyć kobietę w spodniach, ale to
dzięki nim Derry nie miała ograniczonych ruchów. Razem z bluzką były w kolorze
liści i świetnie kamuflowały. Jej długie, wiązane, skórzane buty były podobne
do jego i zapewniały bezszelestność w lesie i poza nim. Wnikliwe badania Carrowa
nad wyglądem Derry, przerwał jej głos:
- Powiedz mi, czy jesteś w stanie zaryzykować życiem dla
państwa, uwolnienia wszystkich niewinnych Istot i życia w wolnym kraju?-
powiedziała jednym tchem. Nie wiedział, co powiedzieć. Właśnie wyszedł z
jednego bagna i nie chciał pakować się w drugie. Widząc jego wahanie,
dziewczyna kontynuowała dalej, tym samym zdecydowanym tonem:
- Wiem, że to trudne. Poznałeś mnie chwilę temu i pewnie nie
do końca ufasz osobie, która próbowała cię zabić- tu uśmiechnęła się nieco szyderczo-
Dopiero, co opuściłeś zamek, ale nie bez powodu cię wybrałam. Potrzebujemy
ludzi takich jak ty. Nie chciałbyś się przyczynić do uwolnienia nas spod
panowania Raeagana?- spojrzała na mnie prawie błagalnym wzrokiem.
- Nie mówię „nie”, ale chciałbym, żebyś mi opowiedziała
więcej o tej misji- poprosiłem. I niech ją ognie Piekieł pochłoną, opowiedziała.
sobota, 29 marca 2014
I
Carrow spojrzał na swoje pokiereszowane dłonie. Były pełne
odcisków, pęcherzy, zadrapań i sińców. Praca kowala stała się obecnie
najokrutniejszą i najcięższą pracą, a to wszystko przez Ardali, których Raeagan
ustawił na Białym Murze. Wzrosło zapotrzebowanie na broń, przede wszystkim na ciężkie i solidne miecze. Od tej pory młodzian
musiał pracować od świtu do zmierzchu. To już była niewolnicza praca. Gdyby
następnego dnia nie stawił się w kuźni, straże króla dorwałyby go i mogłyby go wtrącić
do Dungeon za brak posłuszeństwa oraz przeciwstawianie się władcy.
Carrow ukrył twarz w
dłoniach. Czekała go bardzo ciężka noc. Położył się na słomianą matę, która była jego posłaniem,
w butach, czekając w gotowości do swojej ucieczki. Próbował zasnąć, lecz sen za nic nie
przychodził. Jego ciało domagało się odpoczynku, lecz umysł nadal trzeźwo
pracował. Z trudem doczekał godziny, kiedy na zamku i w domach pogasły
wszystkie światła i zapadła cisza, a zostały tylko słabe blaski pochodni i dudniące,
równe kroki Ardali na Murze. O tej porze nikt oprócz Rozwścieczonych
Niedźwiedzi nie mógł spacerować po zamku. Powoli wstał, zawiązał buty i chwycił
swój stary, pełen kieszeni płaszcz. Trochę pieniędzy zagrzechotało w sakiewce,
pod połacią płaszcza poczuł ostrze noża, a w obszernej kieszeni przy pasie,
poczuł okrągłą manierkę z wodą. Ostrożnie podszedł bliżej ściany i delikatnie
zastukał w podłogę. Poruszył klekocącą deskę, aż ukazała się wąska, lecz
głęboka wnęka. Wsadził weń rękę i wyciągnął coś, czego widok pocieszał go w
trudnych chwilach. Coś, co dostał po swoim ojcu i coś, co było dla niego
najcenniejszą rzeczą, jaką miał. Łuk.
Nagle usłyszał za
sobą kroki i skrzypienie otwieranych drzwi. Błyskawicznie przykrył łuk
płaszczem, a samym sobą zakrył dziurę w podłodze i udał, że śpi. Na szczęście
Stary Bob nie zauważył nic dziwnego i zwyczajnie, z lekka sobie pogwizdując
rozkładał na dużym stole obok kominka dzienny przydział żywności, do zjedzenia
o świcie. Jak zwykle, było to parę kromek suchego chleba i ugotowany ziemniak,
a raz na tydzień sakiewka soli i mała butelka rybiego tranu. W niedziele
natomiast dawano trochę zimnej kaszy polanej zwykłym tłuszczem i to wszystko.
Wodę można było wyciągnąć ze studni, a w zimę trzeba było zebrać trochę śniegu
i go roztopić. W takich warunkach nie dało się żyć, co jeszcze bardziej
skłoniło młodzieńca do ucieczki.
Ku swojej radości,
starzec wychodząc nie domknął za sobą drzwi, co było bardzo przydatne,
zwłaszcza, że nie były one oliwione od dłuższego czasu. Carrow zamknął klepkę w
podłodze, a na plecy założył najpierw łuk, dopiero później płaszcz, tak aby
przykryć broń. Włożył swój przydział do jednej z licznych kieszeni i na palcach
opuścił pokój kominkowy, starając się nie obudzić towarzyszy, którzy tam spali.
Próbując nie robić hałasu, wyszedł na
zewnątrz. Odetchnął zimnym, rześkim powietrzem. W tej zatęchłej dziurze, którą
właśnie opuścił prawie nie dawało się oddychać. Spojrzał ukradkiem na Mur nad
głową. Grupa Ardali właśnie zniknęła za załomem zamku, a echo ich kroków cichło
i cichło... To był jedyny moment. Szybko przemknął przyklejony do Muru aż do
Wielkich Wrót. Jednak nie podszedł do nich zbyt blisko. W końcu były pilnie
strzeżone i… zamknięte. Zamiast do nich, skręcił bardziej w prawo i szedł po
łuku prowadzącym do małego wejścia dla sług, kupców i innego „robactwa”, jak
nazywał ich Raeagan. Te były niestrzeżone, nikt oprócz robotników o nich nie
wiedział, a z zewnątrz wyglądają jak zwykły kamień lub przebarwienie Muru. Uchylił
drzwi i zamarł. To nie było t o przejście.
Drzwi te prowadziły
do lasu Foraoise. Ale to niemożliwe…
Widać w starym zamku wciąż płynie dobra magia, jeszcze z czasów króla
Arta i wszystkich Istot, które swobodnie tu mieszkały. Jednak wszystko zmieniło
się, gdy tron objął ten diabeł, Raeagan. Carrow próbował już o tym nie myśleć i
zamknął oczy, wsłuchując się w szum liści i śpiew ptaków. Z każdą chwilą coraz
bardziej oddalał się od zamku, a coraz bardziej zagłębiał w las. Tak dawno tu
nie był… Przypomniały mu się czasy, kiedy chodził na polowania z ojcem, kiedy
to wszystko było wolne… Foraoise był pełen magicznych Istot, a jego
dalsze zakątki zamieszkiwały dzikie stada pegazów. Były to istoty dzikie i
potężne, jednak kruche i bardzo wrażliwe. Urazy tkwiły im w pamięci bardzo
długo, a tego kto je skrzywdził, zapamiętywały do końca życia. Były to istoty
tak majestatyczne, tak magiczne… Teraz nie ma już żadnych, przynajmniej nikt
ich nie widział od bardzo dawna. Mówią, że przeniosły się daleko na północ. I młodzian
również tam zmierzał.
Gdy zaczęło już
świtać, a promienie słoneczne przedostawały się przez liście drzew i zaczęły
razić Carrowa w oczy, postanowił odpocząć. Zatrzymał się i zjadł trochę chleba
z solą i rybim tranem. Była to najgorsza i największa okropność, jaka mogła się
w życiu natrafić, ale musiał nazbierać sił. Czekała go, bowiem bardzo długa
droga. Ale Carrowa jakoś szczerze nie obchodziło, to, że powinien cieszyć się,
że w ogóle ma coś to jedzenia. Sam zapach przyprawiał go o mdłości.
Nagle zauważył, jak
na drzewie przysiadła wiewiórka. Całkiem dorodna sztuka. Nie zastanawiając się
zbytnio, sięgnął po łuk i strzałę. Przyglądał się zdobyczy. Powoli uniósł łuk
na wysokość swojej twarzy i oparł go lekko na ramieniu. Skupił wzrok na równej
linii między grotem strzały a zwierzęciem. Napiął cięciwę i opuścił palec.
Strzała ominęła wiewiórkę o palec, uderzyła w drzewo i spadła na ziemię.
Wiewiórka błyskawicznie uciekła, na co Carrow zaklął siarczyście. Był
poirytowany faktem, że mu nie wyszło. Nie chciał dopuścić do siebie faktu, że
to dlatego, iż długo nie korzystał z łuku. Złość ogarnęła go całego.
I wtedy na gałęzi nad jego głową przysiadł sobie duży ptak. Carrow
wziął głęboki oddech i chwycił kolejną strzałę. Znów nałożył ją na cięciwę i
jeszcze bardziej skupił się na jej ustawieniu. Odetchnął znowu i opuścił palec.
Strzała pięknie wystrzeliła w kierunku ptaka i gładko przebiła go na wylot.
Prawie na wylot. Po chwili zdobycz upadła tuż przed nim. Wyjął z niej strzałę z
łatwością i dokładnie ją oczyścił. Zabrał też tą pierwszą i spakował obie do
kołczanu. Ptaka zawinął w jakiś materiał, który znalazł w kieszeni i przewiesił
przez ramię. Będzie na później.
Nagle chłopak usłyszał
za sobą jakiś szmer. Jakby czyjeś kroki. Z przejęcia serce o mało nie stanęło mu
w piersi. Po chwili jakby coś wdrapało się zwinnie na drzewo. Pewnie to ta cholerna wiewiórka. Napiął
łuk, w gotowości do złapania nowej zdobyczy. Jednak w jednej chwili, coś niczym
wąż, zsunęło się z gałęzi tuż nad nim i przystawiło mu nóż do gardła, szepcząc do
ucha:
- Odłóż broń-usłyszał cichy, lecz stanowczy. Posłusznie
położył łuk na ziemi- Tak dobrze. Teraz stój, tylko bez żadnych
numerów-tajemnicza postać zeskoczyła z drzewa i przed nim stanęła ognistowłosa
dziewczyna.
Wylądowała na ziemi i
znów przystawiła mu nóż, tym razem do piersi.
-A teraz gadaj, jesteś wysłannikiem Raeagana, tak czy nie?-spytała
ostrym tonem. Chłopak patrzył na nią przerażonymi oczyma. Jakby im się
dokładniej przyjrzeć, to można zobaczyć, że są one prawie czarne, z
jaśniejszymi plamkami. Szkoda tak ładnego chłopaka. Ale cóż, Śmierć nie
wybiera. Śmierć losuje. Razem z Losem. Czy
to nie ironiczne?
- Tak czy nie?- tym razem już krzyknęła, mocniej przyciskając
nóż do piersi.
- Nie-odparł natychmiast chłopak cienkim głosem.
-A niby dlaczego mam ci wierzyć? Pokaż, że nie jesteś
szpiegiem-zaczęła droczyć się ze swoim zakładnikiem, wodząc mu lekko ostrzem
noża po szyi.
- Foraoise, królestwo wszystkich ludzi,
sanktuarium wolności, miejsce gdzie żyją pegazy. Zamek króla i naszych
ojców, ostoja pokoju. Przysięgam
zawsze mu służyć wiernie i
nigdy nie dopuścić do niego czarnej
magii- wyszeptał chłopak. Dziewczyna zamarła wpatrzona w jego oczy. Opuściła
nóż i włożyłam go z powrotem do skórzanej pochwy.
- Witaj-podała mu dłoń-Dokąd zmierzasz?- przy braku
jakiejkolwiek reakcji opuściła rękę. A ten stał dalej z szeroko otwartymi
oczami wpatrzonymi w nieznajomą.
-Na…na Północ, pani- powiedział słabym głosem. W sumie mu się
nie dziwiła. Przed chwilą chciała go zabić, a teraz zwyczajnie pytała o cel
podróży. Cóż, nie ma czasu. -Do Tormodii, pani- przewróciła oczami.
- Daj spokój z tą panią- uśmiechnęła się- Mówią mi Derry.
- Czyli „ruda”. To widać- zaśmiał się. Niby wciąż nerwowo,
ale już zbyt ufnie. Nie za dobrze, zbyt łatwowierny- Carrow.
- Czyli... „jeleń”?-tym razem to dziewczyna się zdziwiła- Skąd
masz takie imię? Raczej nie pochodzisz stąd- stwierdziła przyglądając mu się
badawczo, lecz on nie odpowiadał.
- Pochodzisz z Północy, ale urodziłeś się tutaj- powiedziała
po chwili namysłu.
- Skąd wiedziałaś?
- Oczy.
- Fakt, tylko w Tormodii mają czarne … Ale skąd wiesz, że nie
urodziłem się tam?- nie dawał za wygraną.
- Akcent.
Pokiwał głową ze zrozumieniem. Gdy to zrobił, zbyt długie włosy mu
na twarz. Odrzucił je szybkim ruchem głowy. Były czarne, jednak gdzieniegdzie
były widoczne ciemnoszare pasma. Miał lekki zarost oraz niedługą bródkę. Derry
przeszło przez myśl, że wygląda to idiotycznie, gdyż podobną widziała u wielu
lordów. Musiał ją mieć przez przypadek, jeśli można to tak określić, co jednak
nie zmieniało faktu, że wyglądała zabawnie. Przeniosła wzrok na ubranie
Carrowa. Miał długi brudnoszary płaszcz, pełen kieszeni. Przez ramię miał przerzucony
tobołek, zapewne upolowane zwierzę, a przez drugie łuk. Zaimponował jej swoją
budową ciała. To znaczy właśnie nie był wysoki i potężny – przeciwnie, był
raczej drobnej, jak na mężczyznę postury. Na
pewno jest myśliwym, umie strzelać z łuku, bezszelestnie się porusza… Takich
ludzi potrzebują.
______________________________________________________________
Ekhem. Kimkolwiek jesteście drogie człowieki i jeśli to czytacie, to wiedzcie, że trochę się czuję idiotycznie, tak po prostu publikując coś, co kiedyś myślałam, że mi fajnie wyszło, a czytając to teraz czuję nic innego, a nutę zażenowania. Podobno tak bywa. No cóż, pogodzę się z tym i poczekam na wasze opinie. Mam jeszcze coś "w zanadżdżu", ale dalej mam tylko ogólny zarys całej histori (surprise! to wszystko mi się kiedyś przyśniło, trochę pogmatwana hisotryja, ale bardzo mi się spodobała, spisałam ją i oto jest tu ta męczarnia dla tych, którzy odważyli się to czytać i jeszcze się nie zrazili). No. Także tego. Bywajcie, a i piszcie cokolwiek Wam przyjdzie do głowy i co Wam nie pasuje :)
niedziela, 23 marca 2014
Prologue
Z trudem uniosła powieki. Promienie
słońca, przedostające się przez nieszczelną zasłonę z liści drażniły jej oczy.
W końcu jednak podniosła się z prymitywnego posłania i spojrzała w dół. Pod
drzewem nikogo nie było. To dobrze, nikt jej zauważył. Cath będzie zadowolona, że pierwsza część
planu poszła dobrze. A wcale nie była łatwa. Musiała bardzo uważać, żeby nie
narazić się Strażom. Pod osłoną nocy, miała się przemknąć poza Biały Mur, a tam
aż roi się od Rozwścieczonych Niedźwiedzi, czyli Ardali. To okrutne stwory. Nie
ludzie, lecz nie niedźwiedzie. To krwiożercze drapieżniki służące tylko
królowi. Monstra o dzikich, wściekłych oczach, niedźwiedzim pysku, lecz budowie
podobnej do człowieka. Z ostrymi zębami, ogromnymi ni to dłońmi, ni to łapami,
lecz umysłem przewyższającym inne zwierzęta.
Od czasu ostatniej wojny, Raeagan nie szczędzi sobie ochrony. Ale to i
tak mu nie pomoże. Nie poznał jeszcze ich możliwości.
Rozciągnęła się, aż
strzyknęło jej w kościach. Związała swoje ognistorude włosy w warkocz. Nie
mogły jej przeszkadzać. Nie teraz. Ostatnio zaczęła żałować, że nie są one
innego koloru. W nich jest zbyt rozpoznawalna. Sprawdziła,
czy wszystko ma, zawiązała swoje długie buty i zeskoczyła z drzewa. Mimo, iż
liście zagłuszyły upadek, rozejrzała się
nerwowo dookoła i zaczęła nasłuchiwać. W końcu nie była zbyt daleko od Białego
Muru, wciąż ktoś mógł ją zobaczyć.
Gdy uznała, że jest
bezpieczna i nic jej nie grozi ze strony Ardali, ruszyła przed siebie. Nad jej
głową szumiały liście, a wiewiórki przemieszczały się swobodnie z jednego
drzewa, na drugie. Były szybkie i zwinne. Jak ona. Również potrafiła sprawnie wspinać się po
drzewach i skałach. To dość niebezpieczne, ale gdy kocha się ryzyko nie robi to
żadnego znaczenia. Jest częścią jej życia i tejże misji. Ma ona na celu
obalenie Raeagana z tronu oraz uwolnienie wszystkich Istot, które wtrącił do
Dungeon-Czarnego Więzienia. Mimo, że nazywa się to „lochami” albo „więzieniem”
jest to coś o wiele gorszego. Dungeon to potężna twierdza, jak mówią, ze
ścianami grubymi jak sama Ziemia, z tak wielkimi ciężkimi wrotami, jak cały
zamek Raeagana. Wieża ta jest zbyt wysoka, by się na nią wdrapać i zbyt
szeroka, by obejść ją wokół. Zaprojektował ją i stworzył Garens , który macza
palce w czarnej magii. Ba, macza. On j e
s t czarnoksiężnikiem i wszyscy to wiedzą, ale nikt się do tego nie przyznaje. Wielu
boi się go bardziej niż króla, podobno to on właśnie zamordował starego Arta. Sam przyrządził truciznę, która po
spożyciu wypalała wnętrzności, a potem… Torturował starego władcę, nękał go klątwami,
aby ten coś wyjawił, ale nikt, z wyjątkiem Garensa i Raeagana nie wie, co to
miało być. Jedno jest pewne, król niczego nie powiedział. Musiała to być jakaś
bardzo ważna rzecz, na pewno nie chodziło o coś tak błahego jak skarb. Tu
chodzi o coś znacznie więcej. A ona ma za zadanie dowiedzieć się, co to takiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

