wtorek, 29 kwietnia 2014

III

      Roseen podniosła się z trudem.  Ciężkie, sklejone powieki nie chciały się unieść. Suchość w gardle drażniła coraz bardziej. Krzyki raniły uszy. Była wycieńczona. To wszystko było ponad siły każdego normalnego człowieka. Mimo to, wstała i na uginających się kolanach ruszyła z resztą kobiet do manufaktury. Poprawiła swoje łachmany, tunikę z juty, wypełnioną kawałkami lnu i bawełny, które czasami kobiety potajemnie wynosiły. Na to lniany fartuch, a na dłoniach rękawiczki bez palców. Mimo tego wszystkiego, wciąż była to zbyt mała ochrona przed chłodem. Na samym wybrzeżu, gdzie znajdowało się najwięcej fabryk i manufaktur, wiał słony i lodowaty wiatr znad morza, co dało się zauważyć na ścianach budynków, a nawet wnętrzach. Płaty farby odchodziły od ścian, a na innych tworzyły się skorupy zaschniętej soli. Roseen popatrzyła krytycznie na swoje ręce. Były szorstkie, popękane, czerwone. Spojrzała na inne kobiety. Ich też nie wyglądały lepiej. Jedna nawet, trzymała lewą dłoń pod pazuchą. Raz co raz kaszląc, upewniała się, czy nikt nie widzi chorej ręki. Strażnicy nie zwracali na nic uwagi, prowadzili pracownice, by jak najszybciej się ich pozbyć. W tych warunkach nie dawało się żyć, a co dopiero pracować. Mimo to, Roseen nawet sobie radziła. I nawet dobrze się trzymała. Wprawne oko mogłoby dostrzec urodę kobiety, tyle że takich oczu od bardzo dawna brakowało. Długie jasne włosy, choć poskręcane, pozlepiane w strąki a nawet z kryształkami soli okalały kiedyś dostojną twarz, teraz suchą, czerwoną i podrapaną. Jedyną rzeczą, która nie ucierpiała, to oczy. Wciąż bystre i wciąż tak intensywnie niebieskie, jak dawniej.  Jeśli oczy są zwierciadłem duszy, to skrywały bardzo inteligentną, lecz doświadczoną przez Los kobietę.
    
     Roseen posiadała jeszcze jedną cechę, którą nie zawsze da się odczytać z czyichś oczu. Potrafiła bezinteresownie pomagać. Tylko dla samej chęci pomocy. Kiedy teraz o tym myślała, wręcz chciało jej się śmiać. Bohaterka z fabryki. Niech napiszą o mnie pieśni. Ale mimo chwil zwątpienia, nie przestawała działać. Gdy tylko mogła, przygotowywała ziołowe, lecznicze mieszanki. Gdyby nie one, prawdopodobnie kobiece ręce byłyby zdarte do samego mięsa, zakażone, a co z tym idzie, o zgrozo, niezdolne do pracy. A w tych realiach człowiek niezdolny do pracy do bardzo nieopłacalna inwestycja. To darmozjad. Jakby dostawali tu całe góry jedzenia. Okłady były potajemnie przekazywane z rąk do rąk. Roseen mogła i powinna być z siebie dumna, ale nie zawsze była. Coraz częściej zdarzało jej się tracić nadzieję, mimo ulgi na twarzach innych kobiet.  

   Ciągłe wojny i ataki, niekończące się mordercze prace a do tego okropny klimat, to wszystko wina Raeagana. To tyran, nie władca. Bestia, nie człowiek. Łajdak, nie… Było bardzo wiele określeń na niego, a jednak wciąż ich brakowało. Tron Vestur mu  nie wystarczył. Wojna z Państwem Środka. Ataki na Tormodię. Zdobycie Pustyni Riddock’a i zbudowanie Dungeonu. Umieszczenie więźniów w fabrykach, produkcji broni. By całe Rikehester było jego. I tylko jego


***
     Niech ktoś mi przypomni, kto prosił o opowieść? Ach, tak. Ja. No cóż, trzeba było albo czym prędzej uciec albo zastrzelić to małą wiewiórkę,  pomyślał Carrow, wciąż patrząc na Derry z trudnym do odgadnięcia wyrazem twarzy. Historia nieznajomej dziewczyny była bardzo… nietypowa. O tym, jak ludzie nienawidzą Raeagana. O tym, jak znaleźli się ludzie, którzy nie tylko chcą powiedzieć „nie”, ale też coś zrobić z sytuacją. O tym, jak w Vestur nie ma już pegazów ani jednorożców, a wszystkie mieszańce trafiły do Dungeon. O tym, jak wyszły nowe prawa o ściganiu każdego, kto uprawia czary. Dekret wyszedł spod rąk Garensa. Czyż to nie ironicznie? I inne rzeczy, o których istnieniu dobrze wiedział, ale do tej pory nie dopuszczał do świadomości. I teraz żałował, że wysłuchał dziewczyny. Jeśli odmówi, jego sumienie nie da mu spokoju do końca życia. A jeśli z nią pójdzie, to ten koniec może najść bardzo prędko. Derry patrzyła na niego tymi ciemnymi oczami. Wyglądały teraz na czarne, jak u jakiegoś topielca. Carrow się wzdrygnął, nic w nich nie widział. Chociaż, nie. Wiedział, że zaczynała się już niecierpliwić. Zniknęła przyjazna aura, teraz pozostało tylko milczące wyczekiwanie odpowiedzi.

- Skąd masz łuk?- spytała nagle.
- Ja… Od ojca- wykrztusił Carrow. Pokiwała głową, jakby ze zrozumieniem. Co ona kombinuje?  Po chwili zadała pytaniem, jakby z wyrzutem:
- A co by powiedział twój ojciec?

   Carrowa zmroziło. Uderzyła w jego czuły punkt. Tego było już za wiele. Może mu opowiadać ciemne historie Vestur, ba, nawet całego Rikehester, może wywoływać w nim głęboko ukryte pokłady wzruszenia i poczucia winy, ale nie może mu wytykać, co by zrobił jego ojciec. Lub co by chciał, żeby zrobił.

    Natychmiast chwycił tą rudą wariatkę i przyparł ją do drzewa. Prawie nic nie ważyła, więc w jednej sekundzie zawisła kilka cali nad ziemią. Nie zdążyła nawet wydać żadnego odgłosu, dźwięku nic. Jej blada twarz zaczynała się robić czerwona, lecz mimo to patrzyła na niego z niemym spokojem, niemal z satysfakcją. Odpowiadał jej wzrok szaleńca.

- Nigdy nie waż się stawiać mnie w świetle mojego ojca lub zadawać mi pytania w jego imieniu. Tylko on może mi zarzucać i tylko on może ode mnie wymagać, by bym był lepszy od niego. Rozumiesz?

    Przymknęła oczy i uśmiechnęła się lekko, na znak, że rozumie. Carrow poluźnił uścisk, a dziewczyna osunęła się na ziemię. Oparła na chwilę głowę o kolana, lecz po chwili się podniosła. Spojrzała na Carrowa z szelmowskim uśmiechem.
- Podobało mi się to. Nalegam, byś mi towarzyszył.

  Carrow wziął głęboki oddech i zebrał myśli. Przynajmniej zabierze mnie daleko stąd. Zawszę mogę ją zostawić w pierwszej lepszej miejscowości. Ruszył przed siebie. Po chwili rzucił:

- Nie idziesz? Rikehester na nas liczy-poprawił truchło ptaka na ramieniu i poczuł obecność dziewczyny obok siebie. Wciąż miała na twarzy ten irytujący uśmiech pełen satysfakcji, który zdawał się przyćmiewać jej czerwone rumieńce na policzkach. Miał przeczucie, że to kpiące spojrzenie będzie mu towarzyszyć bardzo długo.

________________________________________________________
Ktokolwiek czyta te wypociny, niech się nie przerazi tym razem nadmiarem, choć jak opublikuję i tak będzie mało, ale połączyłam TO COŚ w całość, bo tak.  Po prostu. Jak czytam to teraz to mi się nie podoba, ale postaram się. Postaram się, bo to moje ostatnie zapasowe strony i dalej mój Word zionie białą pustką. Uagh. Ta pustka mnie trochę przeraża, ale zaraz moja marna wyobraźnia wybuduje równie martwy statek i wypłynę w tę straszną białą pustkę i ją podbije, choćby w kilku stronach. Rysunek poglądowy poniżej:



wtorek, 8 kwietnia 2014

II

    Przyglądał się jej w oniemieniu. Dopiero teraz, gdy zeskoczyła z drzewa i schowała nóż, dostrzegł, jaka jest niezwykła. Nie podobała mu się, nic z tych rzeczy, zero kobiecych kształtów a jeszcze paskudny charakterek. A jednak była bardzo ciekawa. Mimo że swoje długie, czerwone włosy związała w warkocz, większość zdążyła się już z niego wydostać i opadały jej teraz na twarz. A ta była niesłychanie jasna, zupełnie jak u elfa. Na małym nosku roiło się od piegów. Jednak największą uwagę zwrócił na oczy Derry. Były ogromne i bardzo zielone. Tak zielone, że w porównaniu z prawie białą cerą zdawały się być niezwykle ciemne. Wpatrywały się w niego teraz, jakby dziewczyna głęboko nad czymś rozmyślała. Nie odezwała się jednak ani słowem. Przeniósł więc szybko wzrok na jej ubranie. Z daleka na tle drzew była prawie nie widoczna, może tylko z wyjątkiem włosów. Miała na sobie ciemnobrązową, skórzaną kamizelkę, a pod nią była ciemnozielona bluzka z długim rękawem. Co zauważył ze zdziwieniem, miała na sobie spodnie! Rzadkością było zobaczyć kobietę w spodniach, ale to dzięki nim Derry nie miała ograniczonych ruchów. Razem z bluzką były w kolorze liści i świetnie kamuflowały. Jej długie, wiązane, skórzane buty były podobne do jego i zapewniały bezszelestność w lesie i poza nim. Wnikliwe badania Carrowa nad wyglądem Derry, przerwał  jej głos:

- Powiedz mi, czy jesteś w stanie zaryzykować życiem dla państwa, uwolnienia wszystkich niewinnych Istot i życia w wolnym kraju?- powiedziała jednym tchem. Nie wiedział, co powiedzieć. Właśnie wyszedł z jednego bagna i nie chciał pakować się w drugie. Widząc jego wahanie, dziewczyna kontynuowała dalej, tym samym zdecydowanym tonem:

- Wiem, że to trudne. Poznałeś mnie chwilę temu i pewnie nie do końca ufasz osobie, która próbowała cię zabić- tu uśmiechnęła się nieco szyderczo- Dopiero, co opuściłeś zamek, ale nie bez powodu cię wybrałam. Potrzebujemy ludzi takich jak ty. Nie chciałbyś się przyczynić do uwolnienia nas spod panowania Raeagana?- spojrzała na mnie prawie błagalnym wzrokiem.


- Nie mówię „nie”, ale chciałbym, żebyś mi opowiedziała więcej o tej misji- poprosiłem. I niech ją ognie Piekieł pochłoną, opowiedziała.