sobota, 29 marca 2014

I

  Carrow spojrzał na swoje pokiereszowane dłonie. Były pełne odcisków, pęcherzy, zadrapań i sińców. Praca kowala stała się obecnie najokrutniejszą i najcięższą pracą, a to wszystko przez Ardali, których Raeagan ustawił na Białym Murze. Wzrosło zapotrzebowanie na broń, przede wszystkim na  ciężkie i solidne miecze. Od tej pory młodzian musiał pracować od świtu do zmierzchu. To już była niewolnicza praca. Gdyby następnego dnia nie stawił się w kuźni, straże króla dorwałyby go i mogłyby go wtrącić do Dungeon za brak posłuszeństwa oraz przeciwstawianie się władcy.

  Carrow ukrył twarz w dłoniach. Czekała go bardzo ciężka noc. Położył się  na słomianą matę, która była jego posłaniem, w butach, czekając w gotowości do swojej ucieczki.  Próbował zasnąć, lecz sen za nic nie przychodził. Jego ciało domagało się odpoczynku, lecz umysł nadal trzeźwo pracował. Z trudem doczekał godziny, kiedy na zamku i w domach pogasły wszystkie światła i zapadła cisza, a zostały tylko słabe blaski pochodni i dudniące, równe kroki Ardali na Murze. O tej porze nikt oprócz Rozwścieczonych Niedźwiedzi nie mógł spacerować po zamku. Powoli wstał, zawiązał buty i chwycił swój stary, pełen kieszeni płaszcz. Trochę pieniędzy zagrzechotało w sakiewce, pod połacią płaszcza poczuł ostrze noża, a w obszernej kieszeni przy pasie, poczuł okrągłą manierkę z wodą. Ostrożnie podszedł bliżej ściany i delikatnie zastukał w podłogę. Poruszył klekocącą deskę, aż ukazała się wąska, lecz głęboka wnęka. Wsadził weń rękę i wyciągnął coś, czego widok pocieszał go w trudnych chwilach. Coś, co dostał po swoim ojcu i coś, co było dla niego najcenniejszą rzeczą, jaką miał. Łuk.

  Nagle usłyszał za sobą kroki i skrzypienie otwieranych drzwi. Błyskawicznie przykrył łuk płaszczem, a samym sobą zakrył dziurę w podłodze i udał, że śpi. Na szczęście Stary Bob nie zauważył nic dziwnego i zwyczajnie, z lekka sobie pogwizdując rozkładał na dużym stole obok kominka dzienny przydział żywności, do zjedzenia o świcie. Jak zwykle, było to parę kromek suchego chleba i ugotowany ziemniak, a raz na tydzień sakiewka soli i mała butelka rybiego tranu. W niedziele natomiast dawano trochę zimnej kaszy polanej zwykłym tłuszczem i to wszystko. Wodę można było wyciągnąć ze studni, a w zimę trzeba było zebrać trochę śniegu i go roztopić. W takich warunkach nie dało się żyć, co jeszcze bardziej skłoniło młodzieńca do ucieczki.                                       
            
  Ku swojej radości, starzec wychodząc nie domknął za sobą drzwi, co było bardzo przydatne, zwłaszcza, że nie były one oliwione od dłuższego czasu. Carrow zamknął klepkę w podłodze, a na plecy założył najpierw łuk, dopiero później płaszcz, tak aby przykryć broń. Włożył swój przydział do jednej z licznych kieszeni i na palcach opuścił pokój kominkowy, starając się nie obudzić towarzyszy, którzy tam spali.
  Próbując nie robić hałasu, wyszedł na zewnątrz. Odetchnął zimnym, rześkim powietrzem. W tej zatęchłej dziurze, którą właśnie opuścił prawie nie dawało się oddychać. Spojrzał ukradkiem na Mur nad głową. Grupa Ardali właśnie zniknęła za załomem zamku, a echo ich kroków cichło i cichło... To był jedyny moment. Szybko przemknął przyklejony do Muru aż do Wielkich Wrót. Jednak nie podszedł do nich zbyt blisko. W końcu były pilnie strzeżone i… zamknięte. Zamiast do nich, skręcił bardziej w prawo i szedł po łuku prowadzącym do małego wejścia dla sług, kupców i innego „robactwa”, jak nazywał ich Raeagan. Te były niestrzeżone, nikt oprócz robotników o nich nie wiedział, a z zewnątrz wyglądają jak zwykły kamień lub przebarwienie Muru.                                                                                                                                       Uchylił drzwi i zamarł.  To nie było  t o  przejście.
  Drzwi te prowadziły do lasu ForaoiseAle to niemożliwe…  Widać w starym zamku wciąż płynie dobra magia, jeszcze z czasów króla Arta i wszystkich Istot, które swobodnie tu mieszkały. Jednak wszystko zmieniło się, gdy tron objął ten diabeł, Raeagan. Carrow próbował już o tym nie myśleć i zamknął oczy, wsłuchując się w szum liści i śpiew ptaków. Z każdą chwilą coraz bardziej oddalał się od zamku, a coraz bardziej zagłębiał w las. Tak dawno tu nie był… Przypomniały mu się czasy, kiedy chodził na polowania z ojcem, kiedy to wszystko było wolne… Foraoise był pełen magicznych Istot, a jego dalsze zakątki zamieszkiwały dzikie stada pegazów. Były to istoty dzikie i potężne, jednak kruche i bardzo wrażliwe. Urazy tkwiły im w pamięci bardzo długo, a tego kto je skrzywdził, zapamiętywały do końca życia. Były to istoty tak majestatyczne, tak magiczne… Teraz nie ma już żadnych, przynajmniej nikt ich nie widział od bardzo dawna. Mówią, że przeniosły się daleko na północ. I młodzian również tam zmierzał.
  Gdy zaczęło już świtać, a promienie słoneczne przedostawały się przez liście drzew i zaczęły razić Carrowa w oczy, postanowił odpocząć. Zatrzymał się i zjadł trochę chleba z solą i rybim tranem. Była to najgorsza i największa okropność, jaka mogła się w życiu natrafić, ale musiał nazbierać sił. Czekała go, bowiem bardzo długa droga. Ale Carrowa jakoś szczerze nie obchodziło, to, że powinien cieszyć się, że w ogóle ma coś to jedzenia. Sam zapach przyprawiał go o mdłości.
  Nagle zauważył, jak na drzewie przysiadła wiewiórka. Całkiem dorodna sztuka. Nie zastanawiając się zbytnio, sięgnął po łuk i strzałę. Przyglądał się zdobyczy. Powoli uniósł łuk na wysokość swojej twarzy i oparł go lekko na ramieniu. Skupił wzrok na równej linii między grotem strzały a zwierzęciem. Napiął cięciwę i opuścił palec. Strzała ominęła wiewiórkę o palec, uderzyła w drzewo i spadła na ziemię. Wiewiórka błyskawicznie uciekła, na co Carrow zaklął siarczyście. Był poirytowany faktem, że mu nie wyszło. Nie chciał dopuścić do siebie faktu, że to dlatego, iż długo nie korzystał z łuku. Złość ogarnęła go całego.
I wtedy na gałęzi nad jego głową przysiadł sobie duży ptak. Carrow wziął głęboki oddech i chwycił kolejną strzałę. Znów nałożył ją na cięciwę i jeszcze bardziej skupił się na jej ustawieniu. Odetchnął znowu i opuścił palec. Strzała pięknie wystrzeliła w kierunku ptaka i gładko przebiła go na wylot. Prawie na wylot. Po chwili zdobycz upadła tuż przed nim. Wyjął z niej strzałę z łatwością i dokładnie ją oczyścił. Zabrał też tą pierwszą i spakował obie do kołczanu. Ptaka zawinął w jakiś materiał, który znalazł w kieszeni i przewiesił przez ramię. Będzie na później.
  Nagle chłopak usłyszał za sobą jakiś szmer. Jakby czyjeś kroki. Z przejęcia serce o mało nie stanęło mu w piersi. Po chwili jakby coś wdrapało się zwinnie na drzewo. Pewnie to ta cholerna wiewiórka. Napiął łuk, w gotowości do złapania nowej zdobyczy. Jednak w jednej chwili, coś niczym wąż, zsunęło się z gałęzi tuż nad nim i przystawiło mu nóż do gardła, szepcząc do ucha:
- Odłóż broń-usłyszał cichy, lecz stanowczy. Posłusznie położył łuk na ziemi- Tak dobrze. Teraz stój, tylko bez żadnych numerów-tajemnicza postać zeskoczyła z drzewa i przed nim stanęła ognistowłosa dziewczyna.
  Wylądowała na ziemi i znów przystawiła mu nóż, tym razem do piersi.
-A teraz gadaj, jesteś wysłannikiem Raeagana, tak czy nie?-spytała ostrym tonem. Chłopak patrzył na nią przerażonymi oczyma. Jakby im się dokładniej przyjrzeć, to można zobaczyć, że są one prawie czarne, z jaśniejszymi plamkami. Szkoda tak ładnego chłopaka. Ale cóż, Śmierć nie wybiera. Śmierć losuje. Razem z Losem. Czy to nie ironiczne?
- Tak czy nie?- tym razem już krzyknęła, mocniej przyciskając nóż do piersi.
- Nie-odparł natychmiast chłopak cienkim głosem.
-A niby dlaczego mam ci wierzyć? Pokaż, że nie jesteś szpiegiem-zaczęła droczyć się ze swoim zakładnikiem, wodząc mu lekko ostrzem noża po szyi.
- Foraoise, królestwo wszystkich ludzi, sanktuarium wolności, miejsce gdzie żyją pegazy. Zamek króla i naszych ojców, ostoja pokoju. Przysięgam zawsze mu służyć wiernie i nigdy nie dopuścić do niego czarnej magii- wyszeptał chłopak. Dziewczyna zamarła wpatrzona w jego oczy. Opuściła nóż i włożyłam go z powrotem do skórzanej pochwy.
- Witaj-podała mu dłoń-Dokąd zmierzasz?- przy braku jakiejkolwiek reakcji opuściła rękę. A ten stał dalej z szeroko otwartymi oczami wpatrzonymi w nieznajomą.
-Na…na Północ, pani- powiedział słabym głosem. W sumie mu się nie dziwiła. Przed chwilą chciała go zabić, a teraz zwyczajnie pytała o cel podróży. Cóż, nie ma czasu. -Do Tormodii, pani- przewróciła oczami.
- Daj spokój z tą panią- uśmiechnęła się- Mówią mi Derry.
- Czyli „ruda”. To widać- zaśmiał się. Niby wciąż nerwowo, ale już zbyt ufnie. Nie za dobrze, zbyt łatwowierny- Carrow.
- Czyli... „jeleń”?-tym razem to dziewczyna się zdziwiła- Skąd masz takie imię? Raczej nie pochodzisz stąd- stwierdziła przyglądając mu się badawczo, lecz on nie odpowiadał.
- Pochodzisz z Północy, ale urodziłeś się tutaj- powiedziała po chwili namysłu.
- Skąd wiedziałaś?
- Oczy.
- Fakt, tylko w Tormodii mają czarne … Ale skąd wiesz, że nie urodziłem się tam?- nie dawał za wygraną.
- Akcent.

Pokiwał głową ze zrozumieniem. Gdy to zrobił, zbyt długie włosy mu na twarz. Odrzucił je szybkim ruchem głowy. Były czarne, jednak gdzieniegdzie były widoczne ciemnoszare pasma. Miał lekki zarost oraz niedługą bródkę. Derry przeszło przez myśl, że wygląda to idiotycznie, gdyż podobną widziała u wielu lordów. Musiał ją mieć przez przypadek, jeśli można to tak określić, co jednak nie zmieniało faktu, że wyglądała zabawnie. Przeniosła wzrok na ubranie Carrowa. Miał długi brudnoszary płaszcz, pełen kieszeni. Przez ramię miał przerzucony tobołek, zapewne upolowane zwierzę, a przez drugie łuk. Zaimponował jej swoją budową ciała. To znaczy właśnie nie był wysoki i potężny – przeciwnie, był raczej drobnej, jak na mężczyznę postury. Na pewno jest myśliwym, umie strzelać z łuku, bezszelestnie się porusza… Takich ludzi potrzebują.
______________________________________________________________

Ekhem. Kimkolwiek jesteście drogie człowieki i jeśli to czytacie, to wiedzcie, że trochę się czuję idiotycznie, tak po prostu publikując coś, co kiedyś myślałam, że mi fajnie wyszło, a czytając to teraz czuję nic innego, a nutę zażenowania. Podobno tak bywa. No cóż, pogodzę się z tym i poczekam na wasze opinie. Mam jeszcze coś "w zanadżdżu", ale dalej mam tylko ogólny zarys całej histori (surprise! to wszystko mi się kiedyś przyśniło, trochę pogmatwana hisotryja, ale bardzo mi się spodobała, spisałam ją i oto jest tu ta męczarnia dla tych, którzy odważyli się to czytać i jeszcze się nie zrazili). No. Także tego. Bywajcie, a i piszcie cokolwiek Wam przyjdzie do głowy i co Wam nie pasuje :)

niedziela, 23 marca 2014

Prologue

   Z trudem uniosła powieki. Promienie słońca, przedostające się przez nieszczelną zasłonę z liści drażniły jej oczy. W końcu jednak podniosła się z prymitywnego posłania i spojrzała w dół. Pod drzewem nikogo nie było. To dobrze, nikt jej zauważył.  Cath będzie zadowolona, że pierwsza część planu poszła dobrze. A wcale nie była łatwa. Musiała bardzo uważać, żeby nie narazić się Strażom. Pod osłoną nocy, miała się przemknąć poza Biały Mur, a tam aż roi się od Rozwścieczonych Niedźwiedzi, czyli Ardali. To okrutne stwory. Nie ludzie, lecz nie niedźwiedzie. To krwiożercze drapieżniki służące tylko królowi. Monstra o dzikich, wściekłych oczach, niedźwiedzim pysku, lecz budowie podobnej do człowieka. Z ostrymi zębami, ogromnymi ni to dłońmi, ni to łapami, lecz umysłem przewyższającym inne zwierzęta.                                                                                                                
Od czasu ostatniej wojny, Raeagan nie szczędzi sobie ochrony. Ale to i tak mu nie pomoże. Nie poznał jeszcze ich możliwości.

   Rozciągnęła się, aż strzyknęło jej w kościach. Związała swoje ognistorude włosy w warkocz. Nie mogły jej przeszkadzać. Nie teraz. Ostatnio zaczęła żałować, że nie są one innego koloru. W nich jest zbyt rozpoznawalna. Sprawdziła, czy wszystko ma, zawiązała swoje długie buty i zeskoczyła z drzewa. Mimo, iż liście zagłuszyły upadek,  rozejrzała się nerwowo dookoła i zaczęła nasłuchiwać. W końcu nie była zbyt daleko od Białego Muru, wciąż ktoś mógł ją zobaczyć.


   Gdy uznała, że jest bezpieczna i nic jej nie grozi ze strony Ardali, ruszyła przed siebie. Nad jej głową szumiały liście, a wiewiórki przemieszczały się swobodnie z jednego drzewa, na drugie. Były szybkie i zwinne. Jak ona.  Również potrafiła sprawnie wspinać się po drzewach i skałach. To dość niebezpieczne, ale gdy kocha się ryzyko nie robi to żadnego znaczenia. Jest częścią jej życia i tejże misji. Ma ona na celu obalenie Raeagana z tronu oraz uwolnienie wszystkich Istot, które wtrącił do Dungeon-Czarnego Więzienia. Mimo, że nazywa się to „lochami” albo „więzieniem” jest to coś o wiele gorszego. Dungeon to potężna twierdza, jak mówią, ze ścianami grubymi jak sama Ziemia, z tak wielkimi ciężkimi wrotami, jak cały zamek Raeagana. Wieża ta jest zbyt wysoka, by się na nią wdrapać i zbyt szeroka, by obejść ją wokół. Zaprojektował ją i stworzył Garens , który macza palce w czarnej magii. Ba, macza. On  j e s t czarnoksiężnikiem i wszyscy to wiedzą, ale nikt się do tego nie przyznaje. Wielu boi się go bardziej niż króla, podobno to on właśnie zamordował starego  Arta. Sam przyrządził truciznę, która po spożyciu wypalała wnętrzności, a potem… Torturował starego władcę, nękał go klątwami, aby ten coś wyjawił, ale nikt, z wyjątkiem Garensa i Raeagana nie wie, co to miało być. Jedno jest pewne, król niczego nie powiedział. Musiała to być jakaś bardzo ważna rzecz, na pewno nie chodziło o coś tak błahego jak skarb. Tu chodzi o coś znacznie więcej. A ona ma za zadanie dowiedzieć się, co to takiego.