Roseen podniosła się z trudem. Ciężkie, sklejone powieki nie chciały się
unieść. Suchość w gardle drażniła coraz bardziej. Krzyki raniły uszy. Była
wycieńczona. To wszystko było ponad siły każdego normalnego człowieka. Mimo to,
wstała i na uginających się kolanach ruszyła z resztą kobiet do manufaktury. Poprawiła
swoje łachmany, tunikę z juty, wypełnioną kawałkami lnu i bawełny, które
czasami kobiety potajemnie wynosiły. Na to lniany fartuch, a na dłoniach
rękawiczki bez palców. Mimo tego wszystkiego, wciąż była to zbyt mała ochrona
przed chłodem. Na samym wybrzeżu, gdzie znajdowało się najwięcej fabryk i
manufaktur, wiał słony i lodowaty wiatr znad morza, co dało się zauważyć na
ścianach budynków, a nawet wnętrzach. Płaty farby odchodziły od ścian, a na
innych tworzyły się skorupy zaschniętej soli. Roseen popatrzyła krytycznie na
swoje ręce. Były szorstkie, popękane, czerwone. Spojrzała na inne kobiety. Ich
też nie wyglądały lepiej. Jedna nawet, trzymała lewą dłoń pod pazuchą. Raz co
raz kaszląc, upewniała się, czy nikt nie widzi chorej ręki. Strażnicy nie
zwracali na nic uwagi, prowadzili pracownice, by jak najszybciej się ich
pozbyć. W tych warunkach nie dawało się żyć, a co dopiero pracować. Mimo to,
Roseen nawet sobie radziła. I nawet dobrze się trzymała. Wprawne oko mogłoby
dostrzec urodę kobiety, tyle że takich oczu od bardzo dawna brakowało. Długie jasne
włosy, choć poskręcane, pozlepiane w strąki a nawet z kryształkami soli okalały
kiedyś dostojną twarz, teraz suchą, czerwoną i podrapaną. Jedyną rzeczą, która
nie ucierpiała, to oczy. Wciąż bystre i wciąż tak intensywnie niebieskie, jak
dawniej. Jeśli oczy są zwierciadłem
duszy, to skrywały bardzo inteligentną, lecz doświadczoną przez Los kobietę.
Roseen posiadała jeszcze jedną
cechę, którą nie zawsze da się odczytać z czyichś oczu. Potrafiła
bezinteresownie pomagać. Tylko dla samej chęci pomocy. Kiedy teraz o tym
myślała, wręcz chciało jej się śmiać. Bohaterka
z fabryki. Niech napiszą o mnie pieśni. Ale mimo chwil zwątpienia, nie
przestawała działać. Gdy tylko mogła, przygotowywała ziołowe, lecznicze
mieszanki. Gdyby nie one, prawdopodobnie kobiece ręce byłyby zdarte do samego
mięsa, zakażone, a co z tym idzie, o zgrozo, niezdolne do pracy. A w tych
realiach człowiek niezdolny do pracy do bardzo nieopłacalna inwestycja. To
darmozjad. Jakby dostawali tu całe góry
jedzenia. Okłady były potajemnie przekazywane z rąk do rąk. Roseen mogła i
powinna być z siebie dumna, ale nie zawsze była. Coraz częściej zdarzało jej
się tracić nadzieję, mimo ulgi na twarzach innych kobiet.
Ciągłe wojny i ataki,
niekończące się mordercze prace a do tego okropny klimat, to wszystko wina
Raeagana. To tyran, nie władca. Bestia, nie człowiek. Łajdak, nie… Było bardzo
wiele określeń na niego, a jednak wciąż ich brakowało. Tron Vestur mu nie wystarczył. Wojna z Państwem Środka. Ataki
na Tormodię. Zdobycie Pustyni Riddock’a i zbudowanie Dungeonu. Umieszczenie
więźniów w fabrykach, produkcji broni. By całe Rikehester było jego. I tylko
jego
***
Niech
ktoś mi przypomni, kto prosił o opowieść? Ach, tak. Ja. No cóż, trzeba było
albo czym prędzej uciec albo zastrzelić to małą wiewiórkę, pomyślał Carrow, wciąż patrząc na Derry z
trudnym do odgadnięcia wyrazem twarzy. Historia nieznajomej dziewczyny była
bardzo… nietypowa. O tym, jak ludzie nienawidzą Raeagana. O tym, jak znaleźli
się ludzie, którzy nie tylko chcą powiedzieć „nie”, ale też coś zrobić z
sytuacją. O tym, jak w Vestur nie ma już pegazów ani jednorożców, a wszystkie
mieszańce trafiły do Dungeon. O tym, jak wyszły nowe prawa o ściganiu każdego,
kto uprawia czary. Dekret wyszedł spod rąk Garensa. Czyż to nie ironicznie? I
inne rzeczy, o których istnieniu dobrze wiedział, ale do tej pory nie
dopuszczał do świadomości. I teraz żałował, że wysłuchał dziewczyny. Jeśli
odmówi, jego sumienie nie da mu spokoju do końca życia. A jeśli z nią pójdzie,
to ten koniec może najść bardzo prędko. Derry patrzyła na niego tymi ciemnymi
oczami. Wyglądały teraz na czarne, jak u jakiegoś topielca. Carrow się
wzdrygnął, nic w nich nie widział. Chociaż, nie. Wiedział, że zaczynała się już
niecierpliwić. Zniknęła przyjazna aura, teraz pozostało tylko milczące
wyczekiwanie odpowiedzi.
- Skąd masz łuk?- spytała nagle.
- Ja… Od ojca- wykrztusił Carrow. Pokiwała głową, jakby ze
zrozumieniem. Co ona kombinuje? Po chwili zadała pytaniem, jakby z wyrzutem:
- A co by powiedział twój ojciec?
Carrowa zmroziło.
Uderzyła w jego czuły punkt. Tego było już za wiele. Może mu opowiadać ciemne
historie Vestur, ba, nawet całego Rikehester, może wywoływać w nim głęboko
ukryte pokłady wzruszenia i poczucia winy, ale nie może mu wytykać, co by
zrobił jego ojciec. Lub co by chciał, żeby zrobił.
Natychmiast chwycił tą rudą wariatkę i przyparł ją do drzewa.
Prawie nic nie ważyła, więc w jednej sekundzie zawisła kilka cali nad ziemią.
Nie zdążyła nawet wydać żadnego odgłosu, dźwięku nic. Jej blada twarz zaczynała
się robić czerwona, lecz mimo to patrzyła na niego z niemym spokojem, niemal z
satysfakcją. Odpowiadał jej wzrok szaleńca.
- Nigdy nie waż się stawiać mnie w świetle mojego ojca lub
zadawać mi pytania w jego imieniu. Tylko on może mi zarzucać i tylko on może
ode mnie wymagać, by bym był lepszy od niego. Rozumiesz?
Przymknęła oczy i
uśmiechnęła się lekko, na znak, że rozumie. Carrow poluźnił uścisk, a
dziewczyna osunęła się na ziemię. Oparła na chwilę głowę o kolana, lecz po
chwili się podniosła. Spojrzała na Carrowa z szelmowskim uśmiechem.
- Podobało mi się to. Nalegam, byś mi towarzyszył.
Carrow wziął głęboki
oddech i zebrał myśli. Przynajmniej
zabierze mnie daleko stąd. Zawszę mogę ją zostawić w pierwszej lepszej
miejscowości. Ruszył przed siebie. Po chwili rzucił:
- Nie idziesz? Rikehester na nas liczy-poprawił truchło ptaka
na ramieniu i poczuł obecność dziewczyny obok siebie. Wciąż miała na twarzy ten
irytujący uśmiech pełen satysfakcji, który zdawał się przyćmiewać jej czerwone
rumieńce na policzkach. Miał przeczucie, że to kpiące spojrzenie będzie mu
towarzyszyć bardzo długo.
________________________________________________________
Ktokolwiek czyta te wypociny, niech się nie przerazi tym razem nadmiarem, choć jak opublikuję i tak będzie mało, ale połączyłam TO COŚ w całość, bo tak. Po prostu. Jak czytam to teraz to mi się nie podoba, ale postaram się. Postaram się, bo to moje ostatnie zapasowe strony i dalej mój Word zionie białą pustką. Uagh. Ta pustka mnie trochę przeraża, ale zaraz moja marna wyobraźnia wybuduje równie martwy statek i wypłynę w tę straszną białą pustkę i ją podbije, choćby w kilku stronach. Rysunek poglądowy poniżej:
